Meditating Monk

OPIS

Prosta gra zręcznościowa w stylu pixel art na smartfony z systemem Android. Zadaniem gracza było balansowanie mnichem, stojącym na szczycie wysokiego pala. Sterowało się za pomocą żyroskopu – należało tak przechylać telefon, aby mnich nie spadł. Dodatkowym utrudnieniem były przelatujące kaczki, które, przy zderzeniu z mnichem, wytrącały go z równowagi. Aby się przed nimi obronić należało kliknąć ekran telefonu w odpowiednim momencie, co powodowało, że mnich odbijał kaczkę kopniakiem. Gra nie miała końca – celem było po prostu wytrwanie w medytacji przez jak największą ilość dni. W grze zawarta była tabela wyników i osiągnięcia, które w głównej mierze dotyczyły odkrywania (kopnięcia) nietypowych latających przeszkadzajek – pojawiały się one losowo zamiast kaczek. Gra miała zarabiać na wyświetlaniu reklam.

HISTORIA

Historia Meditating Monk zaczyna się w czasie, w którym moja samoocena sięgnęła dna. Był to etap dogorywania mojego poprzedniego projektu – Kitten Challenge. Straciłem wszelką nadzieję – już mi się nie chciało. Oddawałem się graniu w gry „konkurencji”, żarciu śmieciowego jedzenia i od czasu do czasu przymusowemu chodzeniu na wykłady na UWM. Wtedy, pewnego dnia, w świecie gier mobilnych pojawił się nowy fenomen, a imię jego brzmiało – Flappy Bird.

Z niezmierną ciekawością patrzyłem jak na YouTube pojawia się coraz więcej filmików o tej grze. Zacząłem czytać, wyskakujące jak grzyby po deszczu, artykuły opisujące piorunujące statystki pobrań i zysków autora, który z reklam zarabiał podobno 50 tysięcy dolarów dziennie. W końcu odpaliłem pierwszy lepszy gameplay… i ręce mi opadły…

W porównaniu do Kitten Challenge ta gra była żartem. Zerżnięta z Mario grafika, rozgrywka polegająca na klikaniu w ekran w odpowiednim momencie, brak jakiegokolwiek celu, powtarzalność… Dosłownie zabawa na 15 minut i do wywalenia. A jednak świat się tym zachwycał i nie potrafiłem zrozumieć dlaczego. Wszędzie przewijało się to, że gra była trudna i frustrująca, aż do momentu, że ludzie potrafili przez nią rozwalać telefony… Ale Kitten Challenge również takie było i stanowiło to jeden z głównych powodów jego upadku…

Płakać mi się chciało nad tą niesprawiedliwością… Jak coś, w co włożone zostało tyle pracy, pomysłu i pasji zostało olane, a coś zmontowanego w dzień czy dwa odnosiło spektakularny sukces? Tym bardziej, że powielało to, co ja uznałem za błąd – połączenie cukierkowej grafiki z ekstremalnym poziomem trudności…

Nie rozumiałem wtedy jeszcze mechanizmów działania świata… Miałem ochotę się poddać. Rzucić to wszystko i zatrudnić w warzywniaku. Przez moją chorą ambicję podjąłem jednak wyjątkowo durną decyzję – postanowiłem zrobić coś podobnego.

Miało być po mojemu – prosto, ale… lepiej… Przede wszystkim chciałem wykorzystać jakąś nietypową mechanikę. Przeanalizowałem na dziesiątki sposobów co da się zrobić z telefonem i jak można z nim wchodzić w interakcję. Spośród mniej lub bardziej durnych pomysłów, najciekawszym wydało mi się sterowanie za pomocą żyroskopu. Przypomniała mi się wtedy stara gra, którą tworzyłem (próbowałem stworzyć) jeszcze w liceum. Roboczo nazywało się to „Koks Engine” i polegało na siłowaniu się z… koksami na rękę. Mechanizm polegał na manewrowaniu myszką tak, aby utrzymać dygoczący wskaźnik (kulkę) na środku skali. Im kulka znajdowała się bliżej centrum, tym więcej siły używaliśmy i stopniowo kładliśmy ramię oponenta. Ta mechanika wydała mi się idealna do połączenia z żyroskopem.

Potrzebowałem jeszcze pomysłu na rozgrywkę. Szukałem czegoś naprawdę głupiego – czegoś, co by przyciągnęło uwagę w coraz bardziej zwiększającym się zalewie gier mobilnych. Wpisując w Google słowo kluczowe „balance”, oprócz masy niezawodnych sposobów na poprawę mojego życia osobistego, znalazłem dużo materiałów na temat Yogi i medytacji. Zacząłem więc eksperymentować i z tymi słowami kluczowymi. Mój research zaprowadził mnie w orientalne rejony wschodu. A gdy moim oczom ukazało się zdjęcie prezentujące medytującego buddyjskiego mnicha, doznałem oświecenia.

Pomysł był tak głupi, że aż śmieszny. Postanowiłem umieścić medytującego mnicha na szycie wysokiego pala, a zadaniem gracza miało być kontrolowanie jego balansu, żeby nie spadł. Należało po prostu wytrzymać przez jak największą liczbę dni. Żeby jednak nie było zbyt monotonnie i zbyt łatwo, postanowiłem dodać przeszkadzajki. Miało być absurdalnie, więc po kolejnym researchu z Google wybór padł na… kaczki – wzorowane na tych ze starej gry Duck Hunt na NES-a. Latały one sobie losowo, to z lewej strony, to z prawej, a w zderzeniu z mnichem zrzucały go z pala. Aby się przed nimi obronić, gracz musiał tapnąć w odpowiednim momencie w ekran. Wtedy mnich kopniakiem posyłał kaczkę w przeciwnym kierunku.

Gra, tak jak Flappy Bird, miała być w stylu pixel art. Zabrałem się do roboty. Zrobiłem elementy menu. Zrobiłem dzienną i nocną scenerię. Udało mi się wypikselować praktycznie wszystko oprócz animacji postaci mnicha. Próbowałem wytrwale, ale efekty mojej pracy prezentowały się mizernie. A jako, że mnich miał być głównym elementem scenerii, to nie mogłem na to pozwolić. Wypikselować animacje pomogła mi siostra, która studiowała rysunek i grafikę. I chociaż zajęło jej to chyba z miesiąc i kosztowało mnie wiele nerwów na ciągłe przypominanie i ponaglanie, to jakimś cudem się udało. Jesteś leniwą bułą siostra 😛

Reszta zadań poszła już sprawniej. Udało mi się skomponować fajny motyw muzyczny i nagrać tych zaledwie kilka potrzebnych efektów dźwiękowych. Programowanie gry, w porównaniu do Kitten Challenge, było kompletnie banalne. Mimo to, wiele czasu poświęciłem na dopieszczanie całości pod względem działania i wyglądu, tak, żeby każdy element był równo co do do piksela.

Produkcję zwieńczyło zaimplementowanie tabeli wyników, ale… potem stwierdziłem, że to za mało. Postanowiłem dodać osiągnięcia. Oprócz tak banalnych jak przetrwanie X-liczby dni, były też takie przyznawane za kopnięcie nietypowych przeszkadzajek. Przeszkadzajki te pojawiały się losowo co jakiś czas i początkowo były trzy: Gołąbek pokoju, Nyan Cat, i… Flappy Bird. Ich kopnięcie wyzwalało również krótką, charakterystyczną dla każdej z nich melodyjkę. Plan był taki, żeby równolegle z rozwojem gry dodawać ich coraz więcej.

Moje dzieło zostało opublikowane – nadzieja na sławę i bogactwo ożyła na nowo. Byłem zdeterminowany wysilić się jeszcze bardziej niż ostatnim razem. Rozsyłałem maile z informacją prasową, pisałem na Facebooku, pisałem na forach. Zamieszczałem nawet artykuły na Wykopie i Reddicie. Z perspektywy czasu muszę jednak przyznać, że momentami te działania były dość nachalne. Ładowałem się z moją grą absolutnie wszędzie, gdzie tylko była możliwość pozostawienia jakiegoś śladu. Nie przebierałem też w słowach i naprawdę starałem się zaprezentować tą grę jako coś niesamowitego. Myślałem, że da mi to efekt co najmniej taki, jak przy Kitten Challenge, ale… mocno się przeliczyłem.

Napisanie, że odzew był słaby byłoby mocnym przegięciem – on był praktycznie zerowy… I w dużej mierze… negatywny… Nie wiem, czy było to efektem mojego nachalnego marketingu, czy raczej tego, że ludzie zauważali, że jest to kolejna próba powtórzenia sukcesu Flappy Bird, ale spotkałem się w większości z wyjątkowo negatywnymi komentarzami. Kilka recenzji, które opublikowały jakieś pomniejsze serwisy również były wyjątkowo nieprzychylne i nawet… jasno sugerujące, że to tylko próba wybicia się na Flappy Bird… Sam nie wiem co o tym myśleć. Z jednej strony chciałem pojechać na fali prostych frustrujących gierek, ale z drugiej naprawdę wierzyłem, że mój pomysł jest wyjątkowy i odstający od reszty motłochu. W każdym razie, to co ja myślałem było nieistotne, gdyż internet stwierdził, że ta gra jest do dupy.

Próbowałem jeszcze walczyć. Kombinowałem z płatną reklamą na Facebooku i chyba kilkadziesiąt złotych nawet zainwestowałem, chociaż dokładnie już nie pamiętam. W każdym razie kompletnie nic to nie dało. Nie wiem, czy było to faktycznie wynikiem przesycenia rynku prostymi, frustrującymi grami, czy tylko ja mam taki powalony gust, że koncept ten wydawał mi się fajny… Ale z drugiej strony, czy Flappy Bird był naprawdę w czymś lepszy? Wydaje mi się, że zabrakło jedynej rzeczy, która pozwoliłaby tak banalnej grze zaistnieć – szczęścia. Prawda jest taka, że była to tylko chwilowa moda. Bez influencerów i dziennikarzy nakręcających cały ten proceder, zwykłego zjadacza chleba w ogóle taka popierdółka nie obchodziła. Autor Flappy Bird po prostu wygrał na loterii, a reszta (w tym ja) rzucili się kupować kupony licząc na to samo.

No i jak zwykle, ogrom wysiłku poszedł na nic. Teraz mogłem już tylko dalej marnować czas i próbować wypromować grę na własną rękę, albo przepalać pieniądze na kampaniach reklamowych i liczyć, że coś z tego wyjdzie. Na szczęście odpuściłem sobie. Miałem już dość porażek na dłuższy czas. Podobnie jak było z Kitten Challenge, na jakimś etapie gra została całkowicie zablokowana z uwagi na „nieodpowiednie treści reklamowe”. Wywaliłem więc całkowicie reklamy,  zrobiłem kilka drobnych poprawek, wrzuciłem na market i tak zostawiłem. Niedługo kończyłem studia i jako, że nie zostałem milionerem musiałem szukać normalnej pracy. Jedyne co mi ten projekt przyniósł to wpis w CV.

Przez jakiś czas w ogóle zrezygnowałem z tworzenia własnych rzeczy. Praca pochłaniała większość mojego czasu, a tej reszty, która mi zostawała nie zamierzałem marnować na kolejny sen o sukcesie. Co jakiś czas zerkałem tylko na market, czy może przypadkiem moja gra nagle nie wystrzeliła w popularności. Gdy kończyłem pisać ten tekst, sprawdziłem po raz ostatni – nie było zaskoczenia.

POST SCRIPTUM

Przy obecnym przesycie gier mobilnych, nie widzę dla tej prostej gry żadnej szansy na sukces. I mimo, że mam wiele pomysłów na jej ulepszenie i coś we mnie jak zawsze chce spróbować ponownie, to… czasem trzeba zagryźć zęby i odpuścić… Muszę skończyć popełniać w kółko te same błędy. Wiem, że czas, który zyskam, będę mógł poświęcić na inny, lepiej przemyślany projekt.

Gra Meditating Monk została usunięta z marketu Google Play 12.02.2021

Po projekcie nie pozostało nic, oprócz spisanej tutaj historii.

PREZENTACJA

„Nie ma chyba tygodnia, żeby w Google Play nie pojawił się kolejny, prosty, generator frustracji w stylu Flappy Bird. Zawsze kiedy odpalam tego typu gierkę, zastanawiam się, czy popyt na prostą, rozpikselowaną rozrywkę, jest tak ogromny, czy może twórcy gier na siłę próbują po raz kolejny powtórzyć sukces Wietnamczyka, który stworzył hit z Klapiącym Ptakiem.” antyapps.pl

„Warto zauważyć, że Flappy Bird przy tej grze ma świetną grafikę – piksele są tutaj wielkości połowy ekranu. Gra ma upiorną muzykę i jest denerwująca, ale wiele ludzi sięga po nią w wolnej chwili.” androido.pl