Granica doskonałości

Do napisania tekstu, który właśnie czytasz, zainspirował mnie mój poprzedni wpis – ResztomatA mówiąc dokładniej, to, jak wyglądał i przebiegał proces jego tworzenia. Zresztą, zanim przejdę do rzeczy, najlepiej, żebyś poznał historię tegoż Resztomatu… całą… od samego początku…

Zakładam bloga!

Co z tego, że nigdy jeszcze nie robiłem nic podobnego. Więcej, nawet niespecjalnie dobry jestem z pisania czegokolwiek, o znajomości zasad stawiania przecinków nawet nie wspominając. Ostatni, zresztą, dłuższy tekst jaki wyskrobałem, pamięta jeszcze czasy studiów i zapiekanek z budki na obiad… Ale co tam, napaliłem się.

Zaczęło się niewinnie, od tygodnia dywagacji nad tematem debiutanckiego wpisu. Następnie, gdy już doznałem olśnienia, to przez kolejny tydzień… zastanawiałem się czy jednak nie jest to zbyt głupi temat. Minęły całe, cholerne dwa tygodnie, zanim w ogóle zacząłem pisać. Bóg stworzył świat w tydzień i jeszcze zdążył w tym czasie odpocząć, a ja potrzebowałem dwa razy tyle żeby cokolwiek zacząć! Chociaż, zauważyłem, że od kiedy zdecydowałem się na jakiekolwiek działanie, to szło mi całkiem nieźle. Na napisanie wstępnej wersji tekstu potrzebowałem „tylko” czterech dni i nawet byłem trochę zadowolony z efektu. Ale oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie miał zamiaru doprowadzić mojego dzieła do perfekcji. Reszta tygodnia zleciała mi na poprawie stylistycznej zdań, ortografii, kropek, przecinków i reszty tego cholerstwa, które jak karaluchy wydawało się nie do wytępienia. Jednak tego pamiętnego wieczoru, kiedy umarł ostatni źle postawiony przecinek, tekst w końcu był dla mnie gotowy, idealny i bez skazy. Następnego dnia miała nastąpić uroczystość publikacji. Następnego dnia… nie byłem już jednak tą samą osobą, co dnia poprzedniego. Po ostatnim, jak się wydawało, sprawdzeniu mojego dzieła, zauważyłem wiele niedoróbek, niedopowiedzeń, myśli, których sens dla mnie mógł być oczywisty, ale niekoniecznie już dla czytelnika, brakujących przecinków, literówek… Dzień publikacji stał się dniem kolejnych poprawek, ale co gorsza, następnego dnia było to samo… i następnego… i następnego… minął tydzień czwarty… pierwszy miesiąc mojej wspaniałej, bezowocnej kariery blogowej…

Ile można poprawiać to samo?

Jeśli jesteście typem ludzi szczegółowych i dokładnych to już pewnie rozumiecie o co mi chodzi. Próbowałem swoim tekstem osiągnąć to, czego osiągnąć się nie da. Doskonałość.

Wpis, w moim założeniu, miał byś idealny, czyli poruszający ważny temat, ale i ciekawy, napisany profesjonalnie, ale i przystępny. Styl miał być na poziomie przewyższającym Szekspira, a poprawność językowa miała wprowadzać najwybitniejszych znawców języka polskiego w zdumienie. Było to dla mnie niemożliwe do osiągnięcia.

Ale nawet, czy gdybym jakimś cudem osiągnął wszystkie te założenia, czy mój tekst byłby wtedy doskonały? Bo co to znaczy doskonały?

Na Wikipedii piszą, że doskonałość to:

„stan lub efekt w swej istocie bezbłędny, bezproblemowy, całkowicie zadbany i dopracowany w każdym szczególe”

No tak, ale z czyjego punktu widzenia? Ktoś to musi przecież ocenić, czy ten stan, efekt, faktycznie są bezbłędne i dopracowane. Czy ktoś, kto ma większą wiedzę niż ja, lub też odmienne od moich poglądy, uznałby mój tekst za doskonały? Czy gdyby przeczytał go ktoś sprzed stu lat, czy uznałby jego poprawność językową za doskonałą? Czy ja sam, mogę uznać, że moje dzieło jest doskonałe? Każdego dnia się przecież uczę, każdego dnia poznaję coś nowego, każdego dnia nabywam nowych doświadczeń. Co więcej, nawet gusta się zmieniają! Dlatego to, co wczoraj mogłem uznać za idealne, dzisiaj już ma wady. Mogę wmawiać sobie, że zrobiłem wszystko, dopieściłem każdy, najmniejszy szczegół, ale prawda jest taka, że tak nie jest. Zawsze jest coś do poprawienia, zawsze jest miejsce na zmiany, zawsze można zrobić coś lepiej, tylko po prostu jeszcze tego nie wiem.

Za przykład dałem oczywiście wpis blogowy, ale te niecne prawa wszechświata dotyczą dosłownie wszystkiego! Wydaje Ci się, że narysowałeś idealną, gładką linię? To sprawdź pod lupą. Dalej stawiasz na swoim? To teraz sprawdź pod mikroskopem. 😛

Wszystko wskazuje na to, że rzeczywistość jest przeciwko nam, perfekcjonistom, ale łatwo się nie poddamy! Jeśli czegoś nie da się powstrzymać, to należy wykorzystać to na naszą korzyść!

Jak zbliżyć się do doskonałości?

Wszystko co tworzę, każdą rzecz, którą uznaję za ważną, ZAWSZE zostawiam na następny dzień do zrewidowania i wprowadzenia poprawek. Proces ten nazywam iteracją. Ustaliłem sobie taką metodę, że im projekt jest ważniejszy, tym więcej takich iteracji powinienem na niego poświęcić. Nie mam jakiegoś wzoru na to, kiedy dokładnie powiedzieć stop. Po prostu, jeśli czuję, że to co zrobiłem jest naprawdę OK i z każdą dodatkową iteracją coraz trudniej jest mi się do czegoś przyczepić, mówię dość.

Często jednak, to co robię służyć ma również innym osobom, a wtedy efekt poprzednich iteracji powinien podlegać także ich spojrzeniu. Nie tylko zresztą w celu wyłapania moich niedociągnięć i potknięć, ale także, aby uzyskać ich subiektywną ocenę. Nie należy się jednak łudzić, że uda się zrobić tak, żeby podobało się każdemu. Dlatego co do oceny innych, stosuję trzy, podstawowe zasady:

 

  • Jeśli większość ocenia moje dzieło pozytywnie, to uznaję, że osiągnąłem cel.
  • Jeśli głosy rozkładają się, mniej więcej, po równo, to najczęściej projekt wraca do kolejnej iteracji z uwzględnieniem zarzutów.
  • Jeśli spada na mnie przytłaczająca krytyka, to wtedy… zależy. 🙂

 

Nie zawsze większość ma rację. Henry Ford podobno powiedział kiedyś:

„gdybyśmy zapytali klientów czego potrzebują, to powiedzieliby, że szybszego konia”

Ludzie za punkt odniesienia zawsze biorą to, co już znają. Czasami więc, szczególnie wprowadzając coś nowatorskiego, warto „przycisnąć” pierwszych odbiorców, czy aby na pewno nowe podejście nie jest lepsze od tego, z którym są oswojeni. No i lepiej, żeby po czasie przyznali rację, bo tutaj nie ma zlituj, w przeciwnym wypadku całość powinna trafić do kosza i zaczynamy od początku.

Staram się mocno trzymać powyższych zasad, bo inaczej wiem, że szykuję sobie niekończącą się pętlę poprawek.

Dopracowanie szczegółów jest ważne, ale nie za każdą cenę. Często zresztą jest tak, że najwięcej pracy poświęcamy tym elementom, których odbiorcy nie zauważają, a wszystkie faktyczne problemy i tak wychodzą „w praniu”.

Doskonałość to ciągły rozwój.

Co też nie znaczy, że należy być dumnym i oczekiwać owacji za byle badziew. 🙂

Wiem, że pycha ludzka nie zna granic, ale gdyby mój kunszt artystyczny oscylował na poziomie przedszkola, to nie miałbym powodów do zadowolenia, a tym bardziej do szukania poklasku; odbiorcy powinni docenić moje dzieło, a nie starania.

Uff… tyle pisania, a wniosek wydaje się prosty i oczywisty.

Nie szlifować bez końca, ale i nie poprzestawać na byle czym.

Skrajności szkodzą.

Ważne jest tylko to, żeby zdawać sobie z tego sprawę.

A Wy co o tym myślicie? Istnieją rzeczy doskonałe? Jakie są wasze metody na doprowadzanie do perfekcji?