Droga modułowa

Jadę dzisiaj do Warszawy. Prawie cztery godziny trasy. Gapię się przed siebie, co jakiś czas podskakując na okolicznym wyboju lub dziurze w jezdni. Mijam trzecie roboty drogowe i skupiam wzrok na kolejnym, bezsensownym ograniczeniu prędkości, którego i tak nikt nie przestrzega. Kolejny ubytek nawierzchni wybija mnie z apatycznego nastroju – przeklinam pod nosem. Jak to możliwe, że niby zaraz lecimy na Marsa, a drogi, to dalej średniowiecze?! Nie dałoby się tego zmienić?

 

Droga modułowa!

Idea jest prosta – czemu by nie budować dróg (a przynajmniej ich warstwy użytkowej) z prefabrykatów? Przy obecnym poziomie informatyzacji i możliwości dokładnego skanowania dowolnego obszaru, aż prosi się o skonstruowanie trójwymiarowej, ogólnopolskiej mapy traktów, która zawierałaby dokładną topografię i strukturę terenu, z nałożonym na niego modelem drogi. Model taki byłby podzielony na mniejsze elementy składowe (moduły), takie jak znaki, barierki, krawężniki, ale też i sama nawierzchnia składałaby się z łączonych ze sobą płyt asfaltowo-podobnych. No dobra, ale w takim razie czym by się to różniło od zwykłego chodnika? Różnica jest taka, że w tym wypadku każda, pojedyncza „kostka brukowa”, która składa się na jezdnię, ma swój unikatowy kod i jest niepowtarzalna, co pozwala nadać jej odpowiedni kształt, kąt nachylenia, pozwala wyciąć w niej miejsce na studzienkę, przymocować odblask, czy nawet wygrawerować oznakowanie. Takie elementy składowe drogi byłyby drukowane i hartowane w warunkach fabrycznych zamiast terenowych, co sprawiłoby, że w porównaniu do lanego pod chmurką asfaltu byłyby prawie niezniszczalne! Budowa dróg takim sposobem na pewno nie szła by wolniej, a przy dobrej organizacji mogłaby być nawet szybsza niż tradycyjna metoda. Błędy w wykonaniu ograniczone by zostały praktycznie do zera – żadnych krzywizn, nierówności, źle wylanego i pękającego asfaltu. Do położenia takiej nawierzchni nie potrzeba sztabu ludzi i ciężkiej maszynerii. Naprawa zajmowałaby minuty/godziny zamiast godziny/dni. W przyszłości natomiast, taką jezdnię mogłyby utrzymywać autonomiczne roboty – kto programuję ten wie – problem wymiany klocka kontra zrywanie i wylewanie asfaltu.

Jak sobie wyobrażam taką „kostkę asfaltową”

Najlepiej dojść do szczegółowej specyfikacji metodą prototypowania i budowy krótkich odcinków testowych, więc tutaj przedstawię tylko bardzo ogólny i raczej życzeniowy zarys tego jak to widzę. Jeśli chodzi o wymiary, to powiedzmy, że każda płyta powinna mieścić się w sześcianie o boku 1 metra. Jest to rozmiar na tyle mały, że łatwo da się transportować i na tyle duży, żeby układanie szło wystarczająco szybko. Płyty powinny mieć kształt umożliwiający ich łączenie w taki sposób, żeby jezdnia się nie rozjechała. Płyty powinny też być dokładnie spasowane – tak, żeby przerwy były niewidoczne. Gdyby jednak obmalować krawędzie każdej z płyt, to taka jezdnia wyglądałaby z góry trochę jak… puzzle. Jeśli chodzi o tworzywo, to wyobrażam sobie coś na pograniczu asfaltu i betonu – na tyle twarde, żeby się nie rozłaziło, ale też na tyle giętkie, żeby nie pękało. Całość musiałaby być umieszczone na lekko pracującej warstwie nośnej z pamięcią. Taka warstwa byłaby bardzo cienka, więc nawet gdyby wymagana do jej wykonania substancja okazała się droga w produkcji, to będzie to koszt do przełknięcia. Całość, oczywiście, umieszczona by była jeszcze na warstwie podbudowy, ale tutaj już nie widzę specjalnych wymagań.

Jak to zorganizować?

Potrzebujemy jednego centrum zarządzania, które gromadziłoby dane, tworzyło projekty, koordynowało prace i nadzorowało ich wykonanie. Jednostka ta dysponowałaby danymi terenu na każdym odcinku trasy i na podstawie tego budowała modele dróg, a z nich z kolei wyodrębniała modele prefabrykatów. Dane terenu, jak i sugestie, czy ostrzeżenia co do projektu spływałyby od wyspecjalizowanych jednostek inżynieryjnych, które badałyby i skanowały teren oraz pozyskiwały plany istniejącej zabudowy, czy infrastruktury. Powiedzmy, że jeśli centrum zarządzania byłoby mózgiem operacji, to taka jednostka inżynieryjna byłaby jego oczami na miejscu. Kolejnym elementem tej układanki są fabryki prefabrykatów. Powiedzmy, że każde województwo otrzymałoby jedną taką fabrykę w geograficznym centrum. Do fabryki spływałyby dane prefabrykatów i na ich podstawie taśmowo powstawałyby materialne obiekty. Te obiekty-części drogi trafiałyby na miejsce budowy w odpowiedniej kolejności i tam, po ukształtowaniu terenu, byłyby po prostu umieszczane na zaplanowanym miejscu przez jednostkę budowlaną. Tak powstałaby trasa nie na lata, ale na dziesięciolecia… albo i dłużej 🙂

A co jeśli mimo wszystko powstanie jednak ubytek w nawierzchni? Każdy obywatel może zgłosić taki przypadek przez internet, albo aplikację mobilną. Centrum zarządzania wysyła wtedy na miejsce jednostkę inżynieryjną – ta sprawdza faktyczny stan ubytku i przesyła dane do centrum zarządzania, gdzie zapada decyzja, które elementy układanki należy wymienić. Zlecenie razem z modelami potrzebnych elementów trafia do do fabryki, gdzie wytwarzane są nowe prefabrykaty. Następnie, prefabrykaty transportowane są one na miejsce docelowe i wymieniane błyskawicznie przez ekipę budowlaną. Zużyte elementy wracają do fabryki, gdzie są recyklingowane.

Czemu to nie ma szans na realizację? 🙂

Zdaję sobie sprawę, że obecna organizacja takich przedsięwzięć, jak budowa drogi odbywa się na przetargach i wygrywa ten, kto zaoferuje mniej. Oficjalnie mniej w sensie ceny, a nieoficjalnie, to i jakości wykonania. To, co ja proponuję to drugi biegun, czyli postawienie na centralizację, postawienie na jakość i spojrzenie na proces budowy dróg w szerszym kontekście, a nie tylko jako klient firmy budowlanej. Wydaje mi się, że takie rozdrobnienie sprawia właśnie, że dużo procesów niepotrzebnie się powiela, dużo błędów w wykonaniu powstaje z braku doświadczenia słabo opłacanych projektantów i dużo czasu marnowane jest na rozwiązanie problemów, które już gdzie indziej zostały rozwiązane. Ale… zaimplementowanie tego modelu wymagałoby ogromnych inwestycji na start i zajęłoby co najmniej z dziesięć lat zanim chociaż kilometr nawierzchni zostałby położony – więc na poziomie państwa, szczególnie przy obecnym ustroju… to też raczej nie ma szans na realizację 🙂 Ale pogdybać można! xD